poniedziałek, października 26, 2015

Motywatory i ułatwiacze

Kiedy człowiek pracuje zdalnie, w piżamie czy kapciach, często ciężko mu (jej) zebrać się do pracy czy zmotywować do niewyglądania poza opracowywany właśnie plik.
Trzeba sobie znaleźć motywatory i ułatwiacze. Inne niż kawa, onba jest tak oczywista, że nie warto o niej wspominać.
1. Bardzo krótko obcięte paznokcie. To, w jaki sposób opuszki palców dotykają klawiatury, jest niepowtarzalne, jeśli paznokcie są naprawdę krótko spiłowane.
2. Pusty pulpit w komputerze. Działa jak puste, uporządkowane biurko - kojąco i z korzyścią dla koncentracji.
3. Okulary. Moje są dość nietypowe, niewygodnie patrzy mi się bez nich w dół, na własne ręce.
4. Kawa. Coś muszę wyjaśniać?
5. Muzyka. U mnie najlepiej sprawdza się taka, jak w serialu "Vikings".

środa, lutego 19, 2014

Dlaczego matka?

Bo tak.
Bo o 21:45 pada "Zatańcys ze mną, mamusiu?" i człowiek chce tańczyć, choć przez dotychczasowe 36 lat nie uznawał takiej rozrywki.
Bo "Kocham ciebie" z ust dziecka brzmi zupełnie inaczej, niż wypowiadane przez dowolnego mężczyznę świata.
Bo zachustowane małe ciałko działa na duszę i serce lepiej, niż najlepsza psychoterapia.
Bo człowiek wstaje rano z poczuciem misji: nakarmić, wziąć na spacer, przytulić, zbudować z klocków stację kolejową - i to jest misja ważniejsza niż lot na Marsa.

I wcale nie szkodzi, że niewyspanie, że zmęczenie, że nerwy, że smutki. To mija. Wspominamy i tak najmilsze chwile.

A kiedy człowiek trzęsie się i za wszelką cenę nie chce wybuchnąć, to sukces w tej dziedzinie jest większy, niż Oscar z medalem olimpijskim razem wzięte.
Albo kiedy dzieci w nocy gorączkowały, a człowiek w dzień i tak działa jak zwykle.
Albo kiedy trzeba pomóc małej kupce sprzecznych emocji zebrać się do kupy i to się udaje, człowiek się cieszy bardziej, niż mając doktorat z psychologii.

I jeszcze to zdziwienie, że ktoś człowiekowi tak ufa, tak kocha, tak wierzy. I poczucie zobowiązania - żeby nie zawieść - tej miłości, tej wiary, tego zaufania.

Pewnie, to nie jest taniec po płatkach róż. I co z tego?

środa, września 11, 2013

Szkoła, która nie przygotowuje do życia

W szkole mojej ośmioletniej córki wszystkie drugie i trzecie klasy kończą lekcje o 15:05. Oznacza to, że córka wraca do domu koło 15:30. Odpoczywa ok. 30 minut i je obiad. Mija więc godzina od powrotu. Siada nad zeszytami.

Wczoraj miała do napisania stronę zdań w zeszycie do polskiego, stronę słupków na dodawanie, dwie strony w ćwiczeniach do uzupełniania i dwa ćwiczenia z angielskiego. Po 45 minutach musiała przerwać, ponieważ miała zajęcia taneczne - w szkole jest 1 wf i 45minut basenu, więc dodatkowe zajęcia ruchowe wydają się dobrym pomysłem, zwłaszcza że pełnią też rolę socjotwórczą i umożliwiają rozwijanie kontaktów z dziećmi spoza stałego kręgu znajoych i umacnianie więzi już istniejących. Po tańcach wróciła 18:40, odpoczęła kwadrans i do 20 kończyła wszystkie zadania. Później jadła kolację, rozmawiała z nami bawiła się z bratem tylko chwilę, poczytała książkę i wtem okazało się, że jest 22. Musi się więc wyspać. Rano wstanie, zje śniadanie, pobawi chwilę z młodszym braciszkiem i będzie znów pędzić do szkoły.
A to dziecko matki niepracującej poza domem, które nie musi korzystać ze świetlicy ani daleko dojeżdżać. I ona już nie ma czasu na "życie", a co dopiero dzieci pracujących rodziców w wielkich miastach?

Jestem nauczycielką. Specyfika mojego przedmiotu pozwala na zadawanie pracy domowej w nieco innej formie, niż robią to moje koleżanki. Dzieci gromadzą angielskie słówka wycięte z gazet, opakowań czy spostrzeżone na ulicy. Na początku lekcji zbieramy nowe znaleziska, przypinamy do korkowej tablicy i krótko omawiamy. Często dzieci opowiadają, jakie słówka juz wcześniej przypięte, one też spostrzegły. Starsi chwalą się obejrzanym odcinkiem serialu - bez polskich napisów. To się moim zdaniem da zakwalifikować jako życiowa praca domowa. Wypełnianie ćwiczeń, czy układanie zdań z zadanymi wyrazami nią nie jest.

Z zawodowego i matczynego punktu widzenia oceniam zadawanie sążnistych prac domowych młodszym dzieciom za niepotrzebne. Jeśli chcemy wyrabiać nawyk myślenia o szkole/danym przedmiocie, poszukajmy punktu zaczepienia w realnym życiu. Szkoła oparta na słuchaniu nauczyciela-krynicy wiedzy i wypełnianiu testów do życia nie przygotowuje. Ani trochę.

poniedziałek, sierpnia 05, 2013

Prowincjonalna wasza mać

Niektórzy zapewne wiedzą, że niżej podpisana (albo i nie) Trus przeniosła się paręnaście lat temu z Dużego Miasta na wschodzie do Miasteczka w Galicji (która w sumie całkiem wschodnia jest takoż). Przeniosła się po tym, jak dostała bęcki pod własnym blokiem, po tym, jak nastukano jej Siostrę Młodszą również w pobliżu własnej siedziby. Niekoniecznie dlatego, ale tak się złożyło.
W Miasteczku zamieszkała w okolicy pełnej Grup Dyskusyjnych złożonych z Panów Winolubów, Elity Stadionowej w barwach klubowych i dzieci. O, dzieci to tu chyba jest najwięcej. W pobliżu domu mamy kilka znakomitych placów zabaw, na które ściąga pół osiedla. My też. Niemal codziennie.
A potem czytam sobie to i owo w necie.
Tu: http://godzillapozera.blogspot.com/2013/07/durska-ciska-na-prawo-i-lewo.html
I tu: http://www.hafija.pl/2013/05/na-placu-zabaw.html
I tutaj też: http://blogmagdalenyf.blogspot.com/2013/05/moda-mama-jako-lwica-na-placu-zabaw.html
Czytam, niby po polsku, niby ładnie napisane, a nie rozumiem.
Idę na plac zabaw. Zabawki wszystkich dzieci leżą na wspólnej kupie, piaskowe w cieniu na piasku, rowery koło murkoławki, a stado kucyków i petszopów okupuje ławkę.
Nikt nikomu na ręce nie patrzy, kto czym się bawi. Czasem jedno dziecko wyrwie coś drugiemu, ale przeważnie łapie co innego, chwilowo wolnego. Siedmiolatek spada z roweru i rozwala łokieć - od razu ktoś dzwoni po jego mamę, która akurat poszła kupić dzieciom wodę w pobliskim sklepiku.
Jedna z opiekunek krzyczy na dziecko, podchodzi inna kobieta i mówi "Ciężki dzień, co? Mój też od rana nieznośny. Pomóc pani jakoś?"
Grupka dzieci usiadła na szczycie zjeżdżalni i ją blokuje. Podchodzę i mówię wesoło "Teraz trzeba ustąpić następnym dzieciom - czy dacie radę?" a one z okrzykiem "Tak! Damy radę!" zjeżdżają w dół.
Jakaś mama radzi się innej, czy zdjąć buciki swojemu maluchowi. Do moich pomalowanych paznokci podpełza raczkujące po trawie niemowlę i dotyka ostrożnie fioletowych plamek w niespodziewanym miejscu.

Jest spokojnie, radośnie, można porozmawiać. Mój synek załapał się na bujanie z rówieśnikiem, którego asekuruje sympatyczny tata, a córka właśnie organizuje grę w państwa miasta na "odległej łączce", jak nazywa się tu trawiasta część placu.

Nie wiem, czy to kwestia Miasteczka, tego właśnie osiedla (teoria babci dzieciom), czy też może podejścia matek, w tym piszącej te słowa Trus.
Ale nasz plac zabaw to równoległy wszechświat jakby. Jakie są wasze?

czwartek, sierpnia 01, 2013

Przepisy są, żeby były

Wpis dedykuję tym wszystkim, którzy mi mówią, że zawracanie głowy z tymi fotelikami, po co dzieci zmuszać. I tym wszystkim, którzy cytują idiotyczny tekst zawierający fragment, że kiedyś nie było fotelików i pasów, a jakoś wszyscy żyjemy.

Polski Kodeks Drogowy traktuje kwestie dotyczące fotelików samochodowych dla dzieci bardzo pobieżnie. Wszystko bowiem, co mówi on o fotelikach, znajdziemy w poniższych kilkunastu wierszach. 
Rozdział 5 Porządek i bezpieczeństwo ruchu na drogach (...) 
Art. 39. (...) 3. W pojeździe samochodowym wyposażonym w pasy bezpieczeństwa dziecko w wieku do 12 lat, nie przekraczające 150 cm wzrostu, przewozi się w foteliku ochronnym lub innym urządzeniu do przewożenia dzieci, odpowiadającym wadze i wzrostowi dziecka oraz właściwym warunkom technicznym. 
4. Przepis ust. 3 nie dotyczy przewozu dziecka taksówką osobową, pojazdem pogotowia ratunkowego lub Policji. (...) Art. 45. 
2. Kierującemu pojazdem zabrania się: (...) 
4. przewożenia w foteliku ochronnym dziecka siedzącego tyłem do kierunku jazdy na przednim siedzeniu pojazdu samochodowego wyposażonego w poduszkę powietrzną dla pasażera; 
5. przewożenia, poza specjalnym fotelikiem ochronnym, dziecka w wieku do 12 lat na przednim siedzeniu pojazdu samochodowego; 

W Polsce za przewożenie dziecka bez fotelika zostaniemy ukarani przez policję mandatem w wysokości 150 zł oraz obciążeni 3 punktami karnymi. Należy jednak pamiętać, że największą karą, jaka może nas spotkać, jeśli zdecydujemy się przewozić dziecko bez fotelika, jest kalectwo lub śmierć tego dziecka na skutek obrażeń odniesionych w wypadku. 


Dzisiaj rano siedzieliśmy z PanemMężem przy śniadaniu, gdy usłyszeliśmy wycie karetki. Ledwo zdążyłam kwaśno stwierdzić, że o 6:30 to nie powinni tak wyć, kiedy poczułam, że to coś gorszego, niż stan przedzawałowy fertycznego sąsiada. Za pierwszą karetką jechała policja, straż, kolejny ambulans...

Później sprawdziłam w lokalnym portalu, co się stało.
http://www.hej.mielec.pl/miasto2/aktualnosci/art3419,wypadek-w-jaslanach-policja-potwierdza-chlopiec-nie-mial-zapietych-pasow.html

Ileż bojów stoczyłam z ludźmi z mojego otoczenia, którzy moje dziecko wozili bez fotelika lub zapięte pasami tak, że przebiegały mu one po gardle (za każdym razem dowiadywałam się po fakcie). Bo przecież te foteliki to zawracanie głowy, co to daje, tylko pieniądze wyciągają. Bo przecież jak nas złapią, to se załatwimy anulowanie mandatu, bo mamy znajomości. Bo...

No więc myślę, że powinni sobie poczytać zalinkowany artykuł.
A wszystkim polecam przejrzenie strony fotelik.info i ich Najczęściej Zadawanych Pytań.

Jeszcze jedno.
Kiedy w listopadzie w ramach akcji "Znicz" czy jak jej tam było, zostaliśmy zatrzymani do rutynowej kontroli, policja nie zainteresowała się w ogóle fotelikiem naszego synka, tym, czy jest poprawnie przypięty, czy fotelik jest zamocowany. I to jest kolejny problem. Bo po co przestrzegać przepisów, skoro i tak nikt tego nie sprawdza?