"Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy" Pawła Reszki miała być książką o znieczulicy. Spodziewałam się opowieści o tym, jak źli są lekarze, jak źle są przygotowani do zawodu... Tymczasem dostałam tekst, który najwięcej mówi o patologiach rządzących ochroną zdrowia i systemem kształcenia przyszłych lekarzy, głównie specjalistów.
Przerażały mnie opisy szpitala psychiatrycznego, gdzie lekarka ma pod nadzorem 400 łóżek, za to nie ma na miejscu nikogo, kto znałby się solidnie na ratownictwie medycznym czy anestezjologii. Lekarze dyżurujący po 36 godzin ciurkiem. Lekarze, zatrudniający się w "biedronkach", gdzie za godzinę pracy dostają stawki nawet dziesięciokrotnie wyższe, niż w państwowym szpitalu. Albo na bramce w nocnym klubie. Lekarze sekowani przez przełożonych za zbyt dokładne badanie pacjentów.
System jest chory, ale jakże chore są przez to stosunki między lekarzami - oto specjalista boi się uczyć następcę, bo boi się konkurencji. Ponaddziewięćdziesięcioletni chirurg zajmujący rozszczepami podniebienia u dzieci nadal operuje, bo nie ma kim go zastąpić. Już nie mówię o klasycznym "My mieliśmy gorzej, ci młodzi to i tak mają super." System ochrony zdrowia to system niewolniczy. To ewidentne łamanie Kodeksu Pracy, gdzie pracownik zatrudniany jest na etat i dodatkowo na umowę zlecenia - żeby mógł dyżurować mimo ograniczeń czasowych narzucanych przez prawo.
I myliłby się ten, który by twierdził, że wszystko to chciwość. Że się "poprzewracało". Bo jeśli lekarz nie będzie chciał przyjść na dyżur, nie będzie nikogo, kto go zastąpi, albo na jego miejsce pacjentami zajmie się koleżanka, która jest już na nogach 48 godzin.
Po autorze widać dobrze, że jest dziennikarzem śledczym - styl ma świetny, zwięzły, jasny, pozbawiony zbędnych ozdobników.
Nie sugeruje nam wniosków, to nie publicystyka, by miał w książce przekazywać swoją opinię. To dokument, pokazujący, jakie patologiczne mechanizmy tkwią w systemie, co uniemożliwia lekarzom prawidłowe, właściwe i skuteczne wykonywanie zawodu.
Książkę pochłonęłam w jedną dobę. To mniej niż dzień pracy z dyżurem lekarza specjalisty w szpitalu...
poniedziałek, listopada 27, 2017
piątek, listopada 24, 2017
Przeżywanie - recenzja
Pierwszy raz żałobę przeżywamy bardzo wcześnie. Musimy przeboleć koniec karmienia piersią albo odebranie ukochanego smoczka. Uczymy się jej przez całe życie, a jednak kiedy przychodzi kolejna strata, znów wpadamy w otchłań albo budujemy wokół siebie szczelny mur.
"To zdarzyło sie tutaj" to minipowieść Raiji Siekkinen, fińskiej pisarki, po raz pierwszy przetłumaczona na jakikolwiek język słowiański, a w Polsce dostępna dzięki trwającej do niedawna akcji "Fińska literatura" w wykonaniu BookRage (obecnie ArtRage).
Książka opowiada o dwojgu ludzi, kobiecie i mężczyźnie, z których każde dźwiga swój żałobny bagaż. Stopniowo dowiadujemy się, kogo stracili i w jakich okolicznościach, ale nie ma tu fabuły, dochodzenia do rozwiązania skomplikowanych zagadek, a faktyczne wydarzenia obecne i te przywoływane z przeszłości są jedynie pretekstem do nakłonienia czytelnika do zastanawiania się nad emocjami postaci i ścieżkami, po jakich wędrują myśli bohaterki i odwiedzającego ją pośrednika sprzedaży nieruchomości.
Cała książka to właściwie jeden długi opis, ale myliłby się ten, który z góry założyłby, że to tekst nudny, coś jak wynurzenia Orzeszkowej o przyrodzie (pisząca te słowa uwielbia "Nad Niemnem" i nie bardzo sobie wyobraża niechęć do jej opisów natury, ale podobno są tacy ludzie). Każda garść żwiru i każdy termos z kawą mają tu swoje znaczenie i opowiadają nam wiele o jedynych ludziach w tej powieści.
Zaczyna się w czasie wiosennych roztopów, najbrzydszej chyba, ale budzącej najwięcej nadziei pory roku. I faktycznie - może to ta nadzieja pcha bohaterów ku zmianie?
To nie jest książka do szybkiego czytania. Trzeba zamykać ją (czytnik na przykład) i zastanawiać się. I zajrzeć sobie do środka.
...A na koniec przeczytać, że autorka zginęła w 2004 roku w pożarze swojego domu. I że nie napisze nic więcej. I odbyć taką mini żałobę.
"To zdarzyło sie tutaj" to minipowieść Raiji Siekkinen, fińskiej pisarki, po raz pierwszy przetłumaczona na jakikolwiek język słowiański, a w Polsce dostępna dzięki trwającej do niedawna akcji "Fińska literatura" w wykonaniu BookRage (obecnie ArtRage).
Książka opowiada o dwojgu ludzi, kobiecie i mężczyźnie, z których każde dźwiga swój żałobny bagaż. Stopniowo dowiadujemy się, kogo stracili i w jakich okolicznościach, ale nie ma tu fabuły, dochodzenia do rozwiązania skomplikowanych zagadek, a faktyczne wydarzenia obecne i te przywoływane z przeszłości są jedynie pretekstem do nakłonienia czytelnika do zastanawiania się nad emocjami postaci i ścieżkami, po jakich wędrują myśli bohaterki i odwiedzającego ją pośrednika sprzedaży nieruchomości.
Cała książka to właściwie jeden długi opis, ale myliłby się ten, który z góry założyłby, że to tekst nudny, coś jak wynurzenia Orzeszkowej o przyrodzie (pisząca te słowa uwielbia "Nad Niemnem" i nie bardzo sobie wyobraża niechęć do jej opisów natury, ale podobno są tacy ludzie). Każda garść żwiru i każdy termos z kawą mają tu swoje znaczenie i opowiadają nam wiele o jedynych ludziach w tej powieści.
Zaczyna się w czasie wiosennych roztopów, najbrzydszej chyba, ale budzącej najwięcej nadziei pory roku. I faktycznie - może to ta nadzieja pcha bohaterów ku zmianie?
To nie jest książka do szybkiego czytania. Trzeba zamykać ją (czytnik na przykład) i zastanawiać się. I zajrzeć sobie do środka.
...A na koniec przeczytać, że autorka zginęła w 2004 roku w pożarze swojego domu. I że nie napisze nic więcej. I odbyć taką mini żałobę.
poniedziałek, października 26, 2015
Motywatory i ułatwiacze
Kiedy człowiek pracuje zdalnie, w piżamie czy kapciach, często ciężko mu (jej) zebrać się do pracy czy zmotywować do niewyglądania poza opracowywany właśnie plik.
Trzeba sobie znaleźć motywatory i ułatwiacze. Inne niż kawa, onba jest tak oczywista, że nie warto o niej wspominać.
1. Bardzo krótko obcięte paznokcie. To, w jaki sposób opuszki palców dotykają klawiatury, jest niepowtarzalne, jeśli paznokcie są naprawdę krótko spiłowane.
2. Pusty pulpit w komputerze. Działa jak puste, uporządkowane biurko - kojąco i z korzyścią dla koncentracji.
3. Okulary. Moje są dość nietypowe, niewygodnie patrzy mi się bez nich w dół, na własne ręce.
4. Kawa. Coś muszę wyjaśniać?
5. Muzyka. U mnie najlepiej sprawdza się taka, jak w serialu "Vikings".
Trzeba sobie znaleźć motywatory i ułatwiacze. Inne niż kawa, onba jest tak oczywista, że nie warto o niej wspominać.
1. Bardzo krótko obcięte paznokcie. To, w jaki sposób opuszki palców dotykają klawiatury, jest niepowtarzalne, jeśli paznokcie są naprawdę krótko spiłowane.
2. Pusty pulpit w komputerze. Działa jak puste, uporządkowane biurko - kojąco i z korzyścią dla koncentracji.
3. Okulary. Moje są dość nietypowe, niewygodnie patrzy mi się bez nich w dół, na własne ręce.
4. Kawa. Coś muszę wyjaśniać?
5. Muzyka. U mnie najlepiej sprawdza się taka, jak w serialu "Vikings".
środa, lutego 19, 2014
Dlaczego matka?
Bo tak.
Bo o 21:45 pada "Zatańcys ze mną, mamusiu?" i człowiek chce tańczyć, choć przez dotychczasowe 36 lat nie uznawał takiej rozrywki.
Bo "Kocham ciebie" z ust dziecka brzmi zupełnie inaczej, niż wypowiadane przez dowolnego mężczyznę świata.
Bo zachustowane małe ciałko działa na duszę i serce lepiej, niż najlepsza psychoterapia.
Bo człowiek wstaje rano z poczuciem misji: nakarmić, wziąć na spacer, przytulić, zbudować z klocków stację kolejową - i to jest misja ważniejsza niż lot na Marsa.
I wcale nie szkodzi, że niewyspanie, że zmęczenie, że nerwy, że smutki. To mija. Wspominamy i tak najmilsze chwile.
A kiedy człowiek trzęsie się i za wszelką cenę nie chce wybuchnąć, to sukces w tej dziedzinie jest większy, niż Oscar z medalem olimpijskim razem wzięte.
Albo kiedy dzieci w nocy gorączkowały, a człowiek w dzień i tak działa jak zwykle.
Albo kiedy trzeba pomóc małej kupce sprzecznych emocji zebrać się do kupy i to się udaje, człowiek się cieszy bardziej, niż mając doktorat z psychologii.
I jeszcze to zdziwienie, że ktoś człowiekowi tak ufa, tak kocha, tak wierzy. I poczucie zobowiązania - żeby nie zawieść - tej miłości, tej wiary, tego zaufania.
Pewnie, to nie jest taniec po płatkach róż. I co z tego?
Bo o 21:45 pada "Zatańcys ze mną, mamusiu?" i człowiek chce tańczyć, choć przez dotychczasowe 36 lat nie uznawał takiej rozrywki.
Bo "Kocham ciebie" z ust dziecka brzmi zupełnie inaczej, niż wypowiadane przez dowolnego mężczyznę świata.
Bo zachustowane małe ciałko działa na duszę i serce lepiej, niż najlepsza psychoterapia.
Bo człowiek wstaje rano z poczuciem misji: nakarmić, wziąć na spacer, przytulić, zbudować z klocków stację kolejową - i to jest misja ważniejsza niż lot na Marsa.
I wcale nie szkodzi, że niewyspanie, że zmęczenie, że nerwy, że smutki. To mija. Wspominamy i tak najmilsze chwile.
A kiedy człowiek trzęsie się i za wszelką cenę nie chce wybuchnąć, to sukces w tej dziedzinie jest większy, niż Oscar z medalem olimpijskim razem wzięte.
Albo kiedy dzieci w nocy gorączkowały, a człowiek w dzień i tak działa jak zwykle.
Albo kiedy trzeba pomóc małej kupce sprzecznych emocji zebrać się do kupy i to się udaje, człowiek się cieszy bardziej, niż mając doktorat z psychologii.
I jeszcze to zdziwienie, że ktoś człowiekowi tak ufa, tak kocha, tak wierzy. I poczucie zobowiązania - żeby nie zawieść - tej miłości, tej wiary, tego zaufania.
Pewnie, to nie jest taniec po płatkach róż. I co z tego?
środa, lutego 05, 2014
Tak więc
Czas zacząć walkę w terroryzmem laktacyjnym i znacznie silniejszym - terroryzmem butelkowym.
środa, września 11, 2013
Szkoła, która nie przygotowuje do życia
W
szkole mojej ośmioletniej córki wszystkie drugie i trzecie klasy kończą
lekcje o 15:05. Oznacza to, że córka wraca do domu koło 15:30.
Odpoczywa ok. 30 minut i je obiad. Mija więc godzina od powrotu. Siada
nad zeszytami.
Wczoraj miała do napisania stronę zdań w zeszycie do polskiego, stronę słupków na dodawanie, dwie strony w ćwiczeniach do uzupełniania i dwa ćwiczenia z angielskiego. Po 45 minutach musiała przerwać, ponieważ miała zajęcia taneczne - w szkole jest 1 wf i 45minut basenu, więc dodatkowe zajęcia ruchowe wydają się dobrym pomysłem, zwłaszcza że pełnią też rolę socjotwórczą i umożliwiają rozwijanie kontaktów z dziećmi spoza stałego kręgu znajoych i umacnianie więzi już istniejących. Po tańcach wróciła 18:40, odpoczęła kwadrans i do 20 kończyła wszystkie zadania. Później jadła kolację, rozmawiała z nami bawiła się z bratem tylko chwilę, poczytała książkę i wtem okazało się, że jest 22. Musi się więc wyspać. Rano wstanie, zje śniadanie, pobawi chwilę z młodszym braciszkiem i będzie znów pędzić do szkoły.
A to dziecko matki niepracującej poza domem, które nie musi korzystać ze świetlicy ani daleko dojeżdżać. I ona już nie ma czasu na "życie", a co dopiero dzieci pracujących rodziców w wielkich miastach?
Jestem nauczycielką. Specyfika mojego przedmiotu pozwala na zadawanie pracy domowej w nieco innej formie, niż robią to moje koleżanki. Dzieci gromadzą angielskie słówka wycięte z gazet, opakowań czy spostrzeżone na ulicy. Na początku lekcji zbieramy nowe znaleziska, przypinamy do korkowej tablicy i krótko omawiamy. Często dzieci opowiadają, jakie słówka juz wcześniej przypięte, one też spostrzegły. Starsi chwalą się obejrzanym odcinkiem serialu - bez polskich napisów. To się moim zdaniem da zakwalifikować jako życiowa praca domowa. Wypełnianie ćwiczeń, czy układanie zdań z zadanymi wyrazami nią nie jest.
Z zawodowego i matczynego punktu widzenia oceniam zadawanie sążnistych prac domowych młodszym dzieciom za niepotrzebne. Jeśli chcemy wyrabiać nawyk myślenia o szkole/danym przedmiocie, poszukajmy punktu zaczepienia w realnym życiu. Szkoła oparta na słuchaniu nauczyciela-krynicy wiedzy i wypełnianiu testów do życia nie przygotowuje. Ani trochę.
Wczoraj miała do napisania stronę zdań w zeszycie do polskiego, stronę słupków na dodawanie, dwie strony w ćwiczeniach do uzupełniania i dwa ćwiczenia z angielskiego. Po 45 minutach musiała przerwać, ponieważ miała zajęcia taneczne - w szkole jest 1 wf i 45minut basenu, więc dodatkowe zajęcia ruchowe wydają się dobrym pomysłem, zwłaszcza że pełnią też rolę socjotwórczą i umożliwiają rozwijanie kontaktów z dziećmi spoza stałego kręgu znajoych i umacnianie więzi już istniejących. Po tańcach wróciła 18:40, odpoczęła kwadrans i do 20 kończyła wszystkie zadania. Później jadła kolację, rozmawiała z nami bawiła się z bratem tylko chwilę, poczytała książkę i wtem okazało się, że jest 22. Musi się więc wyspać. Rano wstanie, zje śniadanie, pobawi chwilę z młodszym braciszkiem i będzie znów pędzić do szkoły.
A to dziecko matki niepracującej poza domem, które nie musi korzystać ze świetlicy ani daleko dojeżdżać. I ona już nie ma czasu na "życie", a co dopiero dzieci pracujących rodziców w wielkich miastach?
Jestem nauczycielką. Specyfika mojego przedmiotu pozwala na zadawanie pracy domowej w nieco innej formie, niż robią to moje koleżanki. Dzieci gromadzą angielskie słówka wycięte z gazet, opakowań czy spostrzeżone na ulicy. Na początku lekcji zbieramy nowe znaleziska, przypinamy do korkowej tablicy i krótko omawiamy. Często dzieci opowiadają, jakie słówka juz wcześniej przypięte, one też spostrzegły. Starsi chwalą się obejrzanym odcinkiem serialu - bez polskich napisów. To się moim zdaniem da zakwalifikować jako życiowa praca domowa. Wypełnianie ćwiczeń, czy układanie zdań z zadanymi wyrazami nią nie jest.
Z zawodowego i matczynego punktu widzenia oceniam zadawanie sążnistych prac domowych młodszym dzieciom za niepotrzebne. Jeśli chcemy wyrabiać nawyk myślenia o szkole/danym przedmiocie, poszukajmy punktu zaczepienia w realnym życiu. Szkoła oparta na słuchaniu nauczyciela-krynicy wiedzy i wypełnianiu testów do życia nie przygotowuje. Ani trochę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)